XXIX
Gdy spotkali się nazajutrz w sieni, ona blada, owinięta ciepłymi fałdami flanelowej, błękitnej matinki, on jakiś podniecony, z błyszczącymi oczyma i trochę spalonymi ustami, nie mówili przez chwilę do siebie nic, tak jak ludzie spotykający się po długim niewidzeniu.
Od niego, pomimo owego podniecenia, powiało chłodem i ona w tej chwili chłód ten odczuła i wchłonęła. Wyprostowała się, sztywna i jakby roztargniona. Oczy ich rozbiegły się i błądziły po świetlanych punktach, jakimi belki sieni były poznaczone.
— Cóż Pita? — zapytał Porzycki.
— Dziękuję — zupełnie zdrowa.
— Czy wręczono pani cali chloricum?
— Tak... dziękuję... było już niepotrzebne.
Tuśka podeszła do drzwi, prowadzących na dziedziniec, i uchyliła je.
— Gaździno!...
Deszcz lał ciągle szarymi, ukośnymi strugami.