Nie kończyła, nie wiedziała, dlaczego ich wszystkich nie ma. Czuła tylko ogromną próżnię dokoła siebie, próżnię, w której będzie musiała obracać się życie całe.
Oparła się o ścianę i łzy gradem popłynęły jej po twarzy. Nie tamowała ich biegu, łkała tylko cicho, lękając się, aby Pita nie posłyszała jej głosu.
— Och!... jakam nieszczęśliwa!... — aż krzyczało w niej niepowściągnionym już bólem. Myślą o mężu, o Picie, którzy zesunęli się według niej z jej życia, głuszyła ten nocny szept:
— Grzech!... grzech!...
Zdawało się jej, że rozstąpiła się pod nią ziemia, aż dachu nie ma nad głową, że ciśnięto nią nagle na jakąś równię bezkresną, po której siecze deszcz i szaleje wichura.
Nagle — coś poruszyło się w cieniu i dwoje ramion ciepłych, przytulonych okrążyło ją:
— I czego?... i czego?...
Nawet nie zastanowiła się, skąd on się wziął tak nagle przy niej. Czuła tylko, że on jest, że garnie ją ku sobie, że może utulić się, wypłakać, wypocząć...
Głowę tuli na jego piersi i płacze ciągle.
I w ciemni padają słowa: