— Niech kiciątko nie płacze.
Echem odbiły się w niej dokładnym. Przypomina sobie — hotel w Krakowie, tamten płacz przeze drzwi, jęk kobiecy, który ją tak podrażnił brakiem ambicji i który wygnała ze swego pobliża, piętnując pogardą.
— Niech kiciątko nie płacze...
Uspokaja ją tymi samymi pieszczonymi słowami. Jeden repertuar! Lecz tak jest zdręczona i już pozbawiona siły, że w milczeniu tai nieledwie przed sobą to odkrycie niespodziane i upokarzające.
Tymczasem cały deszcz pocałunków wypija z jej oczu łzy, a głos Porzyckiego powtarza:
— Niech kiciątko nie płacze...
Pocałunki te nie przejmują żarem, lecz tulą, głaszczą, jak muśnięcie ptasich skrzydeł, jak dotknięcie świeżych listków róży.
Porzycki z przedziwnym instynktem wyczuł, czym płoszyć może tę kobietę, tak mało wiedzącą o namiętnych dreszczach pomimo kilkunastu lat swego zamęścia. Zrozumiał, iż temperamentowe wybuchy przerażą ją właśnie dlatego, że zbudzą w niej nie znane jej porywy. Delikatnie, pieszczotliwie dobiera się do jej łask i tym ją ujarzmia.
Ona oczu spłakanych nie broni, ale broniłaby jeszcze z pewnością ust.
I nawet nie należy przedłużać tej pieszczoty oczu, bo może przyjść znowu bunt i wszystko zniszczyć.