Usuwa się i teraz tylko delikatnie ręką gładzi włosy Tuśki, tak jakby to czynił z małym rozszlochanym dzieckiem.

— No... już dosyć! dosyć!...

Równocześnie myśli, że ta „dama z mondu” bardzo łatwo się zmieniła i jest już szczerszą, niż przypuszczał. To przejmuje go pewnym rozrzewnieniem i rzeczywiście czuje dla Tuśki sporo sentymentu. Zarazem jest trochę zakłopotany. Zwykle spotykał się z mniejszą dozą uczucia. Były tam łzy, ale to więcej były łzy, gniewu. Te zaś są prawdziwe łzy żalu, a nawet niekłamanego bólu.

— Źle się zaczyna... — myśli, a równocześnie jest jakby dumny i rad.

— Wpadła!... — myśli, a ta myśl bynajmniej nie jest myślą pawiącego się donżuana. Porzycki donżuanem z profesji nie jest. Przeciwnie, pogardza tego rodzaju osobnikami, więc i w jego zadowoleniu nie ma miłości własnej. Nikt przede wszystkim o tym jego zwycięstwie nie wie, tylko on jeden. Lecz cieszy go, że to uczucie, które wzbudził, jest ładne i pełne. Potrąca bowiem i u niego struny sentymentu, a to sprawia mu dużą przyjemność.

Tuśka nie analizuje, nie rozbiera, wie, że jest pocieszaną, pieszczoną, że cały jej ból spływa, a dusza jej rzeźwieje, prostuje się jak kwiaty na łące po ulewnym deszczu. Rada by pozostać tak w tej sieni do nieskończoności, wsłuchana w ten szept, w tę nazwę „kiciusia”, choć właściwie to słowo powinno by jej robić wielką przykrość.

Sytuacja jednak staje się taką, że dłużej przeciągać się nie może. Lada chwila Pita może otworzyć drzwi albo wejść gaździna. Należy przerwać sytuację.

Przy tym...

Tuśka pierwsza jakoś przytomnieje, wysuwa się z objęć Porzyckiego i ku swojej izbie wraca.

— Ja tam zaraz przyjdę! — mówi do niej Porzycki.