Odwraca się ku niemu i właśnie stoi tak, że pada na nią ukośny promień światła przedzierającego się przez szczeliny drzwi.
Nic nie zdoła oddać uroku, jakim jaśnieje jej wycałowana tak gorąco twarzyczka. Uśmiech prześliczny rozjaśnia rysy. Jest w niej to samo wewnętrznie rozpalone światło, jakie miała niegdyś Obidowska na swej twarzy aszanta, nazajutrz po zgodzie z mężem.
Równocześnie Tuśka spostrzega, że w chwili, gdy Porzycki ujął ją w objęcia, stała w tym samym miejscu sieni, gdzie dostrzegła naprzód Hankę w objęciach Józka, a następnie Sznapsię, pieszczoną przez Porzyckiego.
— Zaklęte miejsce!... — myśli wchodząc do swej izby.
*
W izbie Pita sprzątnęła obrus, serwetki i przyprowadza cichutko wszystko do porządku.
Ukośne, szybkie wejrzenie rzuciła na twarz matki, na jej spłakane oczy, na włosy rozrzucone.
Tuśka staje przy lustrze i ujmuje puszek umaczany w welutinie.
— Zostaw, Pito, obrus i serwetki! — mówi nie patrząc na córkę — pan Porzycki dziś będzie z nami jadł kolację.
Dziewczynka nie odpowiada ani słówka. Wyjmuje z kufra obrus i rozściela go na stole. Ruchy jej są ruchami automatu, ale twarzyczka jej pociemniała, jakby coś ją w sercu zabolało.