Sznapsia, która w tej chwili nalewała sobie kieliszek koniaku, rzuciła żywo:

— Może nie mogli tu lepszej dostać.

— Może.

Drzwi otworzyły się. Weszli dwaj panowie z komitetu, który urządzał owo przedstawienie. Ze słodkimi minami podeszli do Tuśki, patrząc z podziwem na prześliczną jej szyję. Dziękowali i sypali pochwałami. Ona ciągle jeszcze grała rolę „hrabiny” i czuła, że gra ją dobrze. Przyrzekła, iż po przedstawieniu przyjdzie na salę. Zrobiło się gwarniej. Wchodzić zaczęli bez ceremonii aktorzy i witać się z Porzyckim, Sznapsią i Tuśką. Wszyscy oczami dążyli ku ciału różowemu Tuśki i jej złotym włosom.

Ze sceny dolatywały rozdzierające tony jakiejś grobowej arii włoskiej, śpiewanej przez amatorkę pełną dobrych chęci.

Sznapsia, ująwszy wpół Tuśkę, wyprowadziła ją z garderoby.

— Chodźmy! — wyrzekła — za chwilę tu będzie za ciasno i za wesoło.

Szeregiem ciemnych zaułków wydostały się obie na kurytarz hotelowy. Weszła do numeru zajmowanego przez Sznapsię, która wyprowadziła się z Jaszczurówki z powodu zbyt wielkiej „od miasta” odległości. Świece paliły się w lichtarzach, suknia balowa Tuśki leżała przygotowana na krzesłach.

— Tak... niech się pani rozcharakteryzuje „cold-creamem”. Tu ma pani puder, róż, wodę kolońską, żelazka, szpilki...

Uprzejmie nadzwyczaj czyniła honory swego gniazdka tymczasowego, w którym było piętno jej samej. Porozrzucane kwadraty haftowane z szarej gipiury przetykanej złotem, pęki kwiatów w wazonach huculskich, śliczna i wonna pościel, wykoronkowana i lila atłasem błyszcząca, srebrne przybory na gotowalni, dużo kasetek pluszowych, saszetek, pudełek i książek, a nade wszystko ten zapach róży zmieszanej z trèfle incarnat, który zdawał się przepajać wszystko, czynił z tego numeru hotelowego jakieś odrębne, posiadające własne cechy gniazdo.