Wspólne, długie chwile w pokoju, gdzie czai się coś, czai się, jakby w księżycową noc zakradał się przeogromny strach i rozszeptał się widmem po kątach.
Mała lampka płonie, zakryta jeszcze ustawioną książką. Koło niej tyle szklanek, łyżek, flaszeczek! Biedny, nędzny arsenał mamiących środków.
A w kącie trochę pościeli białej, wtłoczona poduszka i w tej bieli złocisty snop światła i nieruchoma, płonąca twarzyczka. Oczy rozwarte, a już szklane. Widzą — nie widzą... Ku tej twarzyczce garną się ich dusze i wiszą u tych ustek, które już zdają się nie wdychać w siebie nic.
I tak powoli wlecze się noc.
Przewlokła swój czarny płaszcz. Idzie świt, ręce tych dwojga ścierpły od ściskania się w oczekiwaniu najstraszniejszego. Jej głowa pochyliła się na jego ramię. A w głębi pościeli snop złota tężeje. Płonąca twarzyczka o świcie zdaje się sina. Jeden lekki dech... Kobieta kryje twarz na jego piersi. Jest sama! Dziecko jej nie żyje.
A potem trumna biała, błękitna... Lilie, bławatki. — Przez tę trumnę ci ludzie patrzą sobie w oczy. A potem przez grób świeży, na który idą we dwoje. I gdy ona pada we łzach na rozmokłą glinę, on ją otula ramionami i podnosi.
— Niech kiciątko nie płacze!...
Przez fotografię martwego cudownego dziecka spotykają się oczy Tuśki i Sznapsi.
W jednej chwili obie przeżyły tę całą tragedię, która całunem opadła na ich balowe suknie, na ich nagie ramiona.
Nie mówią do siebie nic, ale myśli ich spotkały się i wniknęły w siebie z nadzwyczajną czystością.