Tuśka nie wie, co odpowiedzieć.

— Pani będzie teraz tańczyła... — wyrokuje Porzycki.

Wstaje, skłania się przed nią, bierze ją wpół i bardzo elegancko walcować z nią zaczyna.

Tuśka rzeczywiście ładnie tańczy, on kreśli nogami pas jak baletnik. Ta czarno ubrana, śliczna blondynka, która odmawiała wszystkim, a teraz wypłynęła w objęciach swego scenicznego partnera, robi na sali sensację. Pary przestają się kręcić, z lóż lornetują, szepty, śmiechy, domysły powstają...

Tuśce zdaje się, iż tańczy po rozpalonych kwiatach. I błogo jej, i czegoś wstyd. Sama nie wie, co się z nią dzieje. Chwilami zdaje się jej, że jej skrzydła urosły i te unoszą ją w okrąg, to znów sępy opadły i ku ziemi tłoczą. Wreszcie Porzycki, który dobrze zauważył ów efekt, doprowadza ją zręcznie do miejsca i sadza obok Pity.

— Teraz... wolno pani tańczyć! — mówi z uśmiechem dobrego księcia.

Już ku Tuśce biegną rozmaite „ostrzyżone na lato” głowy i brody szpiczasto przycięte. Kilka mundurów studenckich okrywających rozrosłe barki także się kręci. Za chwilę Tuśka porwana tańczy ciągle, tańczy bezustannie. Nie siada po prostu. Przechodzi z rąk do rąk jak zabawka. Ogarnia wszystkich mężczyzn formalny szał, aby tańczyć z tą „czarno ubraną, co ma taki śliczny kark”...

I wszędzie widać ten rzeczywiście piękny, różowy kark, pokryty lekko kręconymi, złotymi włoskami, który tak zazdrośnie do tej chwili krył się pod wysokim kołnierzem sukienek na Wareckiej ulicy.

Nie oceniany, nie zrozumiany przez spracowanego męża, nigdy nie był pieszczony gorącym, uwielbiającym spojrzeniem. W tej chwili, na tym zakopiańskim balu, świeci jak jutrzenka, wyłaniająca się z czarnych fal, i ciągnie ku sobie oczy nie tylko mężczyzn, ale i kobiet.

— Śliczna!... — mówią wszyscy.