— I dziecko ma śliczne — dodają kobiety.
Pita siedzi na swoim krzesełku. Trzyma w rączkach boa i wachlarz matki. Wyprostowana, zarumieniona, podniecona także, dzieli tryumf balowego królowania, z minką znudzoną, wybornie obojętną. Złożyła nóżki po swojemu, wysunęła je zgrabnie, stopki biało obutej łydki cieniuchne, rasowe, obciągnięte ażurową, białą pończoszką. Posążek malutki ze wzgardliwie wydętą wargą. Sfinks w miniaturze siedzi i myśli...
Ku niej biegną także spojrzenia i słowa, bo aktorzy obsiedli Pitę i w nieobecności matki dziecko obsypują komplementami. Jak maluchny bożek przyjmuje dziewczynka ich słowa i czarną suknię matki, obrzuconą srebrem, śledzi. Porzycki poszedł do bufetu ze znajomymi. Markowska tańczy sennie, ale ciągle, Pita siedzi sama z wachlarzem mamusi i długim, wonnym boa. Aktorzy rozmawiali pomiędzy sobą. Zaczynają powoli zapominać o obecności dziecka. Pita siedzi i słucha tych słów, w głowie jej się kręci, na buzię wystąpiły dwie plamy. Ci panowie mówią o jej mamie, o innych paniach w sali, mówią swobodnie, śmieją się, porównują, szydzą.
Potem patrzą znów na nią, szepcą coś. I inni panowie patrzą także, i panie. Pita prostuje się, lubi, gdy tak na nią uwagę zwracają. Ale to już za wiele, bo to ją zaczyna męczyć, przygniatać... Gryzie wargi i oddycha z trudnością.
A mama ciągle tańczy.
Kadryl — walc — mazur — walc...
Kurz, pył jak na jakiej „Srebrnej sali”... Ten i ów tupnie z ochoty, a reszta tańczy glissando dla większego szyku. Państwo Warchlakowscy wyglądają bardzo znużeni, a panienkom od złośliwości pokrzywiły się buzie. Siedzą jednak w lożach jak przykuci. Kobiety co chwila obsypują się pudrem, mężczyźni idą do bufetu. Od strony restauracji gwar, szczęk, hałas. Wszystkie stoliki zajęte robią wrażenie koszyków, pełnych kwiatów. Barwne tualety kobiet wywołują to złudzenie. Tu i ówdzie strzela korek szampana.
Porzycki stara się o stolik, znajduje wreszcie, zakłada krzesła, dysponuje kolację. Powraca do sali, z prawdziwą przyjemnością śledzi tryumf Tuśki i Pity, patrzy, jak „ta czarno ubrana ze ślicznym karkiem” kręci się w objęciach coraz innego tancerza, i postanawia znów zamarkować swoją władzę nad tą „najpiękniejszą”, bo tak decyduje głos tłumu.
Podchodzi do Tuśki korzystając, że na chwilę usiadła obok córki.
— No... dość już tych tańców... Zmęczy się pani zanadto.