— Ja? Nie jestem wcale zmęczona.

— Ledwo pani oddycha. Nie pozwalam tańczyć więcej!...

Tuśce żal przestać królować, ale zarazem jej słodko, że Porzycki zajmuje się nią tak bardzo. Tylko Pita otwiera szeroko oczy i patrzy z oburzeniem na Porzyckiego, słysząc ton arbitralny, jakim on wydaje swe rozporządzenia.

Czeka, że matka się zbuntuje, każe za taką niegrzeczność śmiałkowi iść precz, lecz czeka na próżno. Tuśka uśmiecha się wdzięcznie do aktora i pozostaje na miejscu.

— Idziemy na kolację! — wyrokuje Porzycki.

Tuśka przytomnieje na chwilę.

Na kolację — kto? z kim? Ona z tym obcym człowiekiem... córka z nimi! Do grupy ich przyłącza się Markowska, dwóch jeszcze artystów i jakiś nieodzowny dekadent z włosami rozdzielonymi po cudacku i z twarzą w sekrecie natartą tłustym pudrem. Jest to pan noszący się z zamiarem napisania dwóch sonetów i nie chcący w żaden sposób zrozumieć, że jest już bardzo niemodny. Wszyscy przechodzą z szumem, szelestem i śmiechem przez salę i wchodzą do restauracji, gdzie czynią sensację. Na jednym z krzeseł, przy stoliku zarezerwowanym dla Porzyckiego, powieszono wieniec i publiczność patrzy ciągle na pęk kwiecia, związanego bladozieloną wstążką, zdobiący koło bobkowych liści.

Tuśka idzie do stolika jak przez rózgi. Czuje, iż popełnia rzecz wysoce niewłaściwą, i nie jest w stanie oprzeć się, aby jej nie spełnić.

Siada wreszcie pomiędzy Porzyckim a Pitą, która z rozszerzonymi nozdrzami pije formalnie nie znaną jej a podniecającą atmosferę restauracyjnej, kolacyjnej sali. Na stole pojawia się alasz i kanapki. Wszyscy piją, mówią głośno, wesoło, śmieją się z byle czego. Ich stolik jest point de mire całej sali. Obie kobiety piękne, strojne, śliczne białe dziecko, szykowni, pewni siebie mężczyźni, kwiaty, sfera artyzmu, w której się pławią, to wszystko wyróżnia ich korzystnie wśród tłumu. Czują to i są radzi. Biorą pełną garścią, co im życie niesie wesołości i odurzającej woni. Powoli i Tuśka czuje się porwana. Dobre wino, dowcipne słowa rzucane jak kwiaty na corso, spojrzenia pełne ognia, muzyka dolatująca z sali, a głównie obecność Porzyckiego, który otacza ją ciągłymi, nadzwyczajnymi względami, upajają jej zgłodniałą podobnych wrażeń naturę. Zdaje się jej, że ktoś postawił przed nią pełną czarę rozkoszy i że ona ma prawo poić się z niej i zaspokajać swoje pragnienie według woli. W połowie kolacji odrzuca wszystkie skrupuły. Co znowu!... wydają się jej śmiesznymi wyrzuty, jakie miała w chwili, gdy szła na kolację.

— Przecież to nic złego — myśli, zasłaniając się swoją zwykłą formą — zjeść kolację, pośmiać się; wszyscy tak robią!...