Od Tatr, od gór, od hal.
Nie zwraca się ku nim nikt, tchnienie tajemne przechodzi nie odczute. Woń opium, woń smażonych trupów, zapach sztucznych pachnideł, głuszących szpetną woń nieczystych ciał, zbitych w ciasnej klatce, dusi wszechwładnie wszystko.
— Deszcz ustał! — mówi ktoś przy stole.
Niech sobie!... co nas on obchodzi! Nam tu dobrze!...
— Och! i jak! — myśli Tuśka.
Kolacja przeciąga się. Całe grono jest u szczytu podniecenia. Pita ma oczy szeroko otwarte i porzuciła swą minkę dumną i wzgardliwą. Obecnie wraz z komikiem poi muchy benedyktynką i cieszy się, że zdradzają pewne skłonności pijackie.
— Stare alkoholiczki!... — mówi komik, kapiąc na owady złocistym płynem.
Niemowlę dekadenckie (bardzo zresztą w gruncie nieszkodliwe i niezłe stworzenie), umazane pudrem, z całą bezbrzeżną melancholią sączy „chartreuse” i kryje nos w halsztuk na wzór Musseta. Sznapsia flirtuje zupełnie serio z młodym, przystojnym aktorem.
Tuśka patrzy na to wszystko przymrużonymi oczyma. Szampan, do którego jest nieprzyzwyczajona „rozebrał ją” zupełnie. Nie wie sama, co mówi, co robi. Wie, że jest jej błogo i że chciałaby, ażeby ta noc się nie skończyła. Cieszy się widząc, że aktorzy nie mają zamiaru poruszyć się z miejsca. Sala powoli opróżnia się. Oni ciągle siedzą na miejscu, wymyślając przeróżne „kolejki”.
Kelnerzy, wpół śpiąc, podają rozmaitego kształtu butelki. Razem z kieliszkami zjawia się ciągle czarna kawa. Tuśka już nie patrzy na to, co pije Pita. Tuśka sama potrzebuje, ażeby ktoś kontrolował, co ona pije... Wreszcie Sznapsia pierwsza przytomnieje.