— Państwo... świt!
Ach, tak!... świt! Noc ta musi wreszcie ustąpić.
Jakie to fatalne.
Coś tam nieśmiało, szaro się skrada. Chłodem wieje z okien. Z tym słowem świt przychodzi jakiś rodzaj opamiętania.
Wszyscy podnoszą się ciężko z krzeseł. Tuśka doznaje po prostu bolu na myśl, że się to już skończyło. Rzeczywistość spada na nią całym ciężarem. Odziewając się w rotundę, czuje, kim jest i że to przepędzenie czasu, które sprawiło jej tyle rozkoszy, to po prostu sztucznie wyrwany z trudem kwiat i to z cudzego ogrodu.
Świt nadchodzi, kwiat więdnie, niknie, niknie...
Za chwilę wracają dorożką w stronę Skibówek.
Ona z Pitą na tylnym siedzeniu.
Naprzeciw nich Porzycki.
Szare światło poranne wydobywa bladość i znużenie ich twarzy. Tuśka zamglonymi oczyma patrzy na Porzyckiego. On oddaje jej ten wzrok z całą siłą. Uśmiechają się do siebie. Pita widocznie czyni usiłowania, aby nie zasnąć. Mruga oczyma i zaciska piąstki. Jest tak blada, że prawie alabastrowa. Tuśka spogląda na córkę. Przeraża ją ta bladość. Dziecko połyka ciągle ślinę i widocznie jest niezdrowe.