Rozmowa na tym punkcie się urywa, ale pada ołowiem na serce Tuśki. Więc gdyby była wolna, mogłaby wstąpić do teatru, jechać tam, gdzie zaangażuje się Porzycki, grać z nim razem, nie rozłączać się nigdy.
Tak! gdyby była wolna!...
Jak gad wgryza się jej powoli w serce ta myśl, wżera w mózg. Odsuwa się od chwilowych pieszczot Porzyckiego. Marzy o czymś więcej, marzy o czymś trwalszym.
Siedzą wszyscy na werandzie, jedzą morele i aktorzy między sobą rozmawiają o rozpoczynającym się niezadługo sezonie. Porzycki jest niezdecydowany. Ma ze Lwowa i z Krakowa równocześnie propozycje. I tu, i tam warunki doskonałe. Sznapsia namawia go na Lwów, gdzie jest stanowczo lepiej i z artystycznych, i z materialnych względów.
— Matczysko się przyzwyczaiło do Krakowa — mówił Porzycki.
— Ach!... będziemy ją przyzwyczajali do Lwowa. Ja jej umilę tak pierwsze dni pobytu, że nie będzie tęskniła za Krakowem — woła Sznapsia.
Tuśka spogląda na nią zdziwiona.
Jak oni wszyscy zgodnie z sobą żyją, nie mając żadnych żalów, żadnych tragicznych uraz, zadraśniętych godności.
Wzajemne przebaczenie winy czy zanik godności? Zapomnienie krzywd czy zapomnienie doznanych i zbudzonych wrażeń?
I tak dalej żyć będą z daleka od niej, niezadługo jej obcy, pogrążeni w świecie własnym, a ona wrócić musi tam, na Warecką, zapaść w tę otchłań, która jej się przedstawia jako coś niemożliwego do przeniesienia.