Straszny ból ścisnął jej serce. Martwa, zimna, asystująca swemu własnemu, powolnemu pogrzebowi. Och! gdyby ona mogła przyłączyć się do nich i powiedzieć: Ja także...
Wystarczy jej spojrzeć na chodzącą dokoła werandy Pitę.
Ta mała istotka, stawiająca tak zgrabnie nóżki jak sarenka, to uosobienie jej niewoli, to wszystko to właśnie, co ją gnębi, więzi, co jest teraz już nie do przeniesienia.
A oni ani się o to nie troszczą, zdają się nie wiedzieć, co się w niej dzieje. Dyskutują punkty kontraktów, rozbierają kwestie emerytury, powoli, systematycznie jak urzędnicy. Porzycki nagle poważnieje, kręci głową. Sznapsia wymienia wysokość gaż, do której dochodzą tacy Solscy, Kamińscy, Feldman. To są już cyfry, z tym liczyć się należy. Porzycki się zastanawia.
— Feu zwłaszcza jest duże.
— Skoro się gra...
— Ba, ale skoro się nie gra?
Tuśka siedzi prosta, blada, zziębła. A ona? a ona?... Co teraz pocznie? co?
Porzycki się o to nie troszczy. A przecież przed chwilą całował ją tak, iż zdawało się, że duszę z niej wycałować zdolny, a potem troszczył się, że kaszle.
Po co się troszczył, skoro za miesiąc ona nie będzie już istnieć w jego życiu?