Jakże chętnie rozpłakałaby się głośno, jakże chętnie padłaby głową na stół i łkała tak, łkała, szlochała krzycząc:

— A ja? A ja?... Co ze mną zrobicie?...

Czasem tylko na jej twarzy spocznie wzrok Sznapsi przelotnie i zdaje się, że coś, coś aktorka odczuwa. Prędko jednak porywa ją tok rozmowy. I oto oczy litośne odbiegają od Tuśki.

Nagle Porzycki proponuje spacer.

— Tak, tak, chodźmy na Regle. Tam śliczny lasek.

Porywają się, mężczyźni idą do Porzyckiego naładować papierośnice, kobiety kładą przed lustrem kapelusze, pudrują twarze.

Za chwilę schodzą. Z werandy pani Warchlakowska z mężem śledzi ten pochód. Aktorzy śmieją się głośno. Właśnie przed godziną Porzycki opowiedział im, jak przykładna pani Warchlakowska, zapomniawszy o otwartych oknach, nazywała pana radcę „kretynem i idiotą”.

Mężuś, mężuś... pan domu, władca...

Nagle — okna otwarte, a przez nie całe sponiewieranie tak ściśle tajone.

I w odpowiedzi jedno słowo pana radcy: