— Jędza!
A potem patriarchalna dokoła „Lewkonii” cisza.
Wzdłuż łożyska spienionego potoku, który im biegnie naprzeciw, idzie gromadka aktorów, mając pomiędzy sobą Tuśkę i Pitę. Woda tuż im pod stopy podbiega i ma turkusowe smugi, trące się gwałtownie o szare oka, jakby w słojach drzewnych żłobione. Słońce ma się ku zachodowi i rozsypało się blaskiem delikatnych iskier po stokach Regli, wydobywając krwawymi splotami pnie smreków z ciemnej masy igliwia.
Tuśka milczy. Gorycz przepełnia jej serce i ciągle ją dławi. Porzycki wreszcie spostrzega jej usposobienie chmurne.
— Co to? — pyta ujmując ją pod rękę.
— Och! nic!
— Przecież coś jest...
— Wreszcie pan dostrzegł.
— Chcę wiedzieć.