— Tak! tak!
Wchodzą w głąb lasu, który chłonie w siebie srebrną strugę potoku. Ciemno tam, zimno, ślisko. Mech tak miękki i wilgotny, że zdaje się, iż elastycznie ugina się pod stopami. Całe masy młodziutkich jaworów tworzą nieprzejrzane, delikatne gąszcze. Sznapsia pociąga za sobą Pitę.
— Chodź, Pito, będziemy zbierały kwiaty!
Rośnie tu ich moc nieprzejrzana na upłazach, na zboczach. Zda się cały ogród kwiatowy o najcudniejszych barwach. Przeważa szafir i fiolet. Po drugiej stronie potoku zwłaszcza ścielą się całe łany kwiecia. Sznapsia, komik i młody, przystojny aktor skaczą po kamieniach przez wodę, pociągając za sobą Pitę. Dziewczynka chwilkę się waha. Ogląda się na matkę. Lecz widzi, że zagłębiona w rozmowie z Porzyckim kieruje się w gąszcz modrzewi. Pita chwilkę nie oddycha, po jej twarzyczce przesuwa się dziwny wyraz. Ma widocznie ochotę krzyknąć: „Mamo! mamo!”, lecz powstrzymuje się całą siłą woli. Komik pociąga ją za rączkę.
— Dalej!... hop!... prędzej!...
Pita skacze nad białą pianą, nad turkusowymi wstęgami wody. Kwiaty śmieją się do niej jak rozsypane drogocenne kamienie, jak rozkwitła jasno tęcza. Lecz ona biegnie ku nim z sercem dziwnie ściśnionym. Przypadła w krzaki różowych goździków, między gwiazdy białych rumianków i ma ochotę płakać, krzyczeć, tak jak te dziewczynki, które jej się śniły niegdyś, niegdyś... na dnie przepaści...
Nagle doleciał ją śmiech.
Naprzód śmiał się Porzycki, potem jak echo roześmiała się jakaś kobieta.
Lecz był to dziwny, bardzo dziwny śmiech. Coś jakby ktoś płakał, jęczał, skarżył się na coś...
Picie tchu zabrakło. Przytuliła rączki do piersi. Z morza kwiatów patrzy na Sznapsię, na komika, a oczy jej szeroko rozwarte mają w sobie tyle bezdennego lęku, że Sznapsia szybko mówi w formie uspokojenia: