Szemrzą modrzewie, rozchylają się lekko. Przez nie płynie czarna, wyniosła postać Tuśki. Za nią postępuje Porzycki.
Tuśka idzie, idzie — sama nie wie dokąd. Wie, że zapada w jakiś gąszcz, że odcina się od świata. Nerwowo jest rozdrażniona szalenie. Przed chwilą śmiała się nawet z jakiegoś dowcipu Porzyckiego, śmiała się przeciągle, boleśnie.
Teraz milczy, wyczerpana tym śmiechem. Tylko z jakąś niepojętą zaciekłością zanurza się coraz dalej w zieleń.
Och! gdyby nie znaleźć już stąd wyjścia, zginąć tu wraz z nim, nie powrócić do świata...
On wreszcie chwyta ją za ramię.
— Dokąd pani idzie?
— Nie wiem! nie wiem — uciec chcę.
— Przed kim?
— Przed światem.
— Dlaczego? Świat nie jest tak zły. Należy się z nim pogodzić, skoro już żyć na nim mamy.