— Co to? co to?... krew?...
Porzycki podchodzi ku leżącemu.
Dotyka się jego ramienia, pochyla się...
Nagle prostuje się, jest bardzo blady, brwi ma ściągnięte.
— Odejdźmy stąd! — mówi zmienionym głosem — wróćmy do swoich.
— Ranny?
— Nie, trup!
Mimo woli Tuśka pochyla się i poprzez krzaki spogląda na leżącego górala.
W kałuży krwi przypadł twarzą ku ziemi, a twarz jego blada jak płótno, z raną straszną na skroni, z której czarna krew zakrzepła. Niedaleko porzucona fajka, kapelusz. Guńka rozpostarła się jak skrzydła.
— Zabił się?