— Nie — odpowiada Porzycki — ktoś go zabił. Oni tu często pozbywają się tak jedni drugich. To z pewnością zbrodnia, w którą wchodzi kobieta.
Góral zabity jest drobny, mały, nikły. Włos ma siwiejący już i rzadki.
— To pewnie mąż! — dorzuca Porzycki, pociągając za sobą Tuśkę.
Mąż!
Wracają wolno tą samą drogą, którą szli przed chwilą rozpłomienieni, dyszący żarem namiętności. Trup zastygły w modrzewiach w jednej chwili zgasił ten żar. Idą milcząc strwożeni. Coś strasznego znalazło się obok nich. Myśl o śmierci i znikomości wszystkiego. I w tak delikatnej, czystej zieleni, w izbach słonecznych, wśród kwiecia, gdzie wszystko dysze pięknem, dobrocią, czystością, rozkłada się straszna sylwetka, nieruchoma i groźna...
Dochodzą do potoku. Porzycki przywołuje aktorów wielkimi gestami. Biegną, przeskakując kamienie. Prowadzą z sobą Pitę. W jednej chwili Porzycki zawiadamia ich o strasznym odkryciu, jakie zrobili. Naradzają się. Muszą iść, aby dać znać do żandarmerii. Szybko wracają do miasta. Tuśka ciągle strwożona widokiem trupa przed oczyma.
— Potrąciłam go nogą — mówi, pocierając ręką po czole. — Zawsze go widzieć będę.
— Nie trzeba przesadzać! — odzywa się nagle Porzycki. — Jutro już pani zapomni. Taki machabeusz to znów nic tak strasznego...
Tuśce ogromnie przykro, że Porzycki mówi do niej tak ostro, nie wnikając subtelniej, jakie straszne i skomplikowane musiało w niej zadrgać uczucie wobec tego, że trup ocalił ją jeszcze od kroku, poza którym już nie mogłaby mówić „zresztą nic się złego nie stało”.
Rzecz nawet dziwna. Porzycki zdaje się być teraz jakiś zły i zirytowany.