Nie mówią jednak nic. Milcząc zbliżają się do tego męża i ojca, który nagle, niespodziewanie, z Wareckiej ulicy, z palm i fikusów wysunął się jak cień i zjawił się na progu ich rozbawionej chałupy.
Tuśka całą siłę woli w jednej chwili gromadzi około siebie.
— Mąż... tak, to on we własnej osobie. Nie list, nie mara, majacząca w oddali, ale on, żywy, uparty, zjawiający się w takiej chwili.
Dziwna rzecz. Jakaś łączność myślowa wiąże zjawienie się tego trupa w modrzewiach i tego tu na progu milczącego, zatartego w konturach człowieka. Obaj zjawili się tak nagle z oddali nieoczekiwani i wywołali w niej wstrząśnienie, pełne nieopisanej grozy.
Lecz niepojętą prawie jest siła moralna kobiet w takich chwilach.
Zanim dorożka stanęła u kładki, Tuśka zdołała przywołać na twarz pewien wyraz jakiegoś uspokojenia i coś na kształt grzecznego zdziwienia.
— Czy być może?... to ty?...
— Tak. Przyjechałem popołudniowym pociągiem. Chciałem wam zrobić niespodziankę.
Wysiadają z dorożki.
Następuje przywitanie.