Na dziedziniec wychodzi Tuśka pod pozorem rozmówienia się z gaździną o dodanie jeszcze jednego łóżka.

Zostawiła męża siedzącego z Pitą przy herbacie.

Chciał gotować herbatę na maszynce Porzyckiego, ale mu nie pozwoliła.

— To nie moje, to pożyczone! — wyrzekła, odstawiając maszynkę na okno.

— Od kogo?

Udała, że nie słyszy zapytania. Co chwila potrącali się tak o dowody istnienia Porzyckiego, lecz nikt nie wymówił jego nazwiska. Pita, dziwną intuicją zdjęta, milczała. Co więcej, Tuśka z pewną trwogą dostrzegła, że Pita ogromnie zręcznie chowa otrzymane od Porzyckiego farby i wzory. Zdjął ją lęk. Czy dziecko nie domyśla się dużo, jeśli tak postępuje? Następnie zaczął ją dręczyć niepokój, czy mąż nie dostał jakiego anonimu, tak jak otrzymała Porzycka, i wskutek tego doniesienia przyjechał do Zakopanego. Nic jednak z jego twarzy wyczytać nie było można. Mówił mało jak zwykle. Ograniczył się na powiedzeniu, że wystarał się o niedługi urlop i przyjechał.

Widocznie był zmęczony, uważał jednak za stosowne i grzeczne dotrzymywać Picie i żonie towarzystwa. Siedział wyprostowany na krześle w szarym, nieszczególnym garniturze i pił herbatę łyżeczką i zagryzał ciastkami przyniesionymi rano przez Porzyckiego.

Ten drobny, mały szczegół dopełnia miary.

Tuśka dusi się po prostu, nie jest w stanie wytrzymać dłużej.

Wybiega do sieni, a stamtąd na podwórze.