Przypomina sobie, że tam, u Płonki na werandzie, czekają na nią wszyscy. Przez chwilę przychodzi jej myśl, żeby zabrać męża i jechać razem z nim na kolację. Lecz odrzuca ją natychmiast. Ta scena, to wejście na werandę w towarzystwie tego mizernego człowieka i to słowo „mój mąż”...

Jak przyjmie to Porzycki? Dozna pewnie nieokreślonego bólu i przykrości. Może się rozgniewa i zechce się zemścić na niej, powróci choćby chwilowo do Sznapsi, a ona będzie musiała milczeć. A może mąż wie o wszystkim i wyniknie scena...

Tuśka szybko obchodzi dom i przez okno, wychodzące na ulicę, ze stolika, stojącego blisko okna, delikatnie ściąga ołówek i teczkę z papierami. Nikt jej nie dostrzegł. Wyjmuje papier i kopertę, cofa się poza dom, opiera na belce i pisze na papierze.

„Nie mogę przyjechać — mąż niespodzianie zupełnie przyjechał z Warszawy...”.

Chce dodać: „Jestem w rozpaczy”, ale coś ją wstrzymuje. Dorzuca tylko:

„Bawcie się beze mnie, nie zapominajcie o mnie”.

I na ukos:

„Smutno mi”.

Zakleja kopertę, pisze nazwisko Porzyckiego i szybko idzie do chałupy Obidowskich.

Ciemno tam i cicho.