Gaździna odkłada robotę.

— Ja póńdę.

— Józek będzie prędzej.

— Niech doma siedzi, niech nie lota. Tera tyle siedlisk, ze co ino pożrys, idom, a wszyćkie ino by na ładnego chłopca łase. Juz niek on siedzi, ja pójdem.

Odziewa się pośpiesznie.

Tuśka patrzy z jakimś współczuciem na tego chłopca nieruchomego, przytłoczonego siłą i potęgą istoty, której się jedną chwilą zaprzedał w niewolę. Nigdy nie miała dla niego tego zrozumienia, co w tej chwili. Kto wie — i on pewnie myśli: „Gdybyk był wolny!”.

Wychodzi z chałupy razem z gaździną i myśli, jak Obidowska biegnie po jasnym szlaku drogi, który w oddali rozpływa się w szarość przedwieczorną. Wysyła za nią swą duszę i tchu jej nie staje. Przez chwilę zdaje się jej, że jest na werandzie restauracyjnej, że ją witają radośnie, że zajmuje swoje dawne miejsce, że on siada przy niej.

Chłodem powiało, ocknęła się. Czuje, iż musi wracać do chaty. Powoli wchodzi do izby. Żebrowski i Pita siedzą milcząc naprzeciw siebie. Wyczerpali wszystko. Nie mają sobie nic do powiedzenia.

— Zapal, Pito, świece! — mówi Tuśka. Nie chce pozwolić, aby płonęła owa lampa, która tyle wieczorów oświetlała jej izbę.

Zasuwa rolety.