— Dlaczego to robisz? — pyta mąż. — Jeszcze jest dość jasno.

— Sądzę, że jesteś znużony, położysz się...

On stara się nadrobić miną.

— Cóż znowu? Mam ochotę wyjść na spacer, zobaczyć góry... Bardzo tu rzeczywiście orzeźwiająco i miło.

Lecz siły go opuszczają. Nie mówi, że aby tę niespodziankę sobie i im urządzić, jechało się trzecią klasą wśród Żydów, plwocin i przeciągów. Dalej, aby nie wydawać pieniędzy, nie zajeżdżało się do hotelu w Krakowie, ale tułało się po ulicach i siedziało w poczekalniach. A potem „furka” z kolei zamiast dorożki. Wszystko to gniotło tak biedny organizm i w połączeniu z ostrym powietrzem wyczerpało do reszty.

Żebrowski siedzi jednak i opowiada żonie o synach i fikusach, o materacach, o futrach, o biurze, o Warszawie. Powtarza jej znane z „Kuriera” fakty.

Wszystko to mówi w dozie homeopatycznej, ale mówi grzecznie, uprzejmie, starając się pokazać, że ma o czym do mówienia. Wreszcie wyczerpuje się, rozmowa nie podsycana milknie i siedzą tak teraz wszyscy troje nieruchomi, jakby związani niewidzialnym łańcuchem ze sobą, który splątał się mimo ich woli i wiedzy.

Tuśka słucha, czy w ciszy nie rozlegną się czasem kroki gaździny, wracającej od Płonki, i przeżuwa, przetrawia to nic, co jej mąż w tej chwili rozsypał za pomocą słów przed nią. Co ją to obchodzi? Wszak to od niej dalekie, obce, jeszcze straszniej obce, niż zdawało się jej, gdy czytała to wszystko w listach...

I dzieje się dziwna, a przecież tak częsta rzecz. Oto na tym wielkim, przeogromnym świecie nagle zaczyna jakaś jedna mała, nędzna istota zawadzać. Jest jej za dużo. Stanowczo przygniata innych tym, że istnieje, że żyje. I nie wiadomo, co jest tragiczniejsze, czy jeśli ta istota nie wie o tym, że jej jest nadto, że jest zawadą, i swobodnie porusza się w tej niechęci, która dokoła niej zacieśnia swe koło, czy wtedy, gdy ona zrozumie tę niechęć i nagle zastygnie z jakiejś trwogi, smutku, wstydu.

Mąż Tuśki nie wie o tym, że jest właśnie taką zbyteczną istotą, dla której nagle nie ma miejsca — i uśmiecha się blado do żony, do córki, zaciera kościste ręce i mówi, starając się nadać sobie pozór junaka: