— He, he... jutro zmierzymy się z Giewontem.

W sieni dudnią bose pięty gaździny.

Szybko porywa się Tuśka i wybiega naprzeciw góralki.

— I cóż?

— Ano... oddalim.

— I... co powiedzieli?

— Ano, pon przecytali i tak powiedzieli: „psiokrew”... a potem mnie powiedzieli, że dobrze.

— Nic więcej.

— Nic.

To „psiakrew” mogłoby trochę ostudzić rozegzaltowanie Tuśki, ale ona już jest w tym stadium, że zatraciła poczucie i miarę w tym, co się odnosi do Porzyckiego.