— Niechaj gaździna przyjdzie urządzić spanie dla mego męża. Tam jest łóżko w tej izbie, gdzie weranda, ale nie ma słomy w sienniku.

— Zaraz się narychtuje.

Obidowska jest na twarzy ogromnie zmieniona.

— Wiedzom, co się stało? — pyta.

Tuśka już zapomniała o trupie leżącym w modrzewiach, tak własna troska ją pochłonęła.

— Co?

— Jacka Słodyckę naśli w lesie martwego.

— A... wiem!...

— To nas pan go nased. Ścierwa go zabili. Ożenił się dwa roki temu z takim strzygoniem z somsiedniej wsi, latawicą, co ij beło sesnaście roków... a jemu bez mała pięćdziesiąt i pięć... Tak za niom zaceli się uganiać chłopy, a on stary ośpihował i nieraz strętnął ją z jakowym gachem... No, i ten gach musiał go dzie ciupagom prasnąć...

Zamyśliła się. Coś tam w niej nurtowało. Jakiś straszny niepokój.