Tuśka cofnęła się z płonącymi policzkami i z duszą pełną rozwichrzonych myśli.

Co miało znaczyć jego: Jakoś się temu zaradzi?...

Nagle od strony werandy, przez izbę do niej prowadzącą, doleciały ją zmieszane głosy.

Tak, stanowczo, to był głos Porzyckiego, a potem jej męża.

Zmartwiała cała. Dźwignęła się z krzesła i szybko podeszła do drzwi.

A więc się spotkali! Może teraz mąż dopiero zagra w odkryte karty, może teraz wyda się, iż on wie o wszystkim i po to jedynie przyjechał, aby wyświetlić sytuację. Co się stanie! co się stanie!

Z bijącym sercem Tuśka śledzi i wsłuchuje się w to, co się dzieje na werandzie.

Ale to, co się tam odbywa, to nie jest żadna tragedia. Przeciwnie, spokojnie, gładko tam płynie fala życiowa bardzo ładnym i miłym szablonem. Porzycki podszedł pierwszy i poprosił Pitę, aby przedstawiła go ojcu.

— Sąsiadem jestem i mam zaszczyt znać żonę szanownego pana i jego córeczkę. Pozwoli więc pan...

Żebrowski na wszystko pozwala. Odkłada rogalik, który skrupulatnie smarował masłem, powstaje i z pośpiechem ściska wyciągniętą dłoń aktora. Usty pełnymi pieczywa bełkocze, że „jest niewymownie szczęśliwy”. Jego spłowiałe, zmęczone oczy patrzą z zachwytem na ładną, zdrową, pełną twarz Porzyckiego. Ten rosły, wspaniały mężczyzna imponuje biednemu urzędnikowi o zapadłych piersiach.