— Co pani?

Pytanie to działa na nią wstrząsająco.

— Jak to? pan pyta, co mi jest?...

Siadła na łóżku i patrzy na niego szeroko otwartymi źrenicami.

— Chyba on pani nie dokuczył! — ciągnie Porzycki. — Zdaje się być bardzo delikatnym człowiekiem.

Tuśka uśmiecha się ironicznie.

— Właśnie... z powodu tej delikatności, którą się pan zachwyca, chciałam pana za niego przeprosić.

— Mnie? za co?

Tuśka jest tak rozdrażniona, że i Porzycki zaczyna ją denerwować swoją jakąś szaloną biernością, która obala poprzednio zbudowane przez nią kapliczki heroizmu. To spokojne „przyjmowanie” tego męża, teraz, gdy są sam na sam i gdy nie potrzebuje już udawać, jest jej wstrętne.

— Za to — mówi dobitnie — że pana zlekceważył, gdy się dowiedział, że pan jest na scenie.