— Czyż on mnie zlekceważył?

— Pan tego nie czuł? Ale ja za pana i za siebie uczułam.

Porzycki marszczy brwi i zamyśla się chwilę.

— To nie chodzi o lekceważenie — mówi wreszcie, wydymając usta — ale o to, że mąż pani nie znał mego nazwiska i nie wiedział, że jestem artystą.

— Och!... on!...

— Czy tam u was, w Warszawie, rzeczywiście się nami nie interesują? My znamy tu wszystkich waszych wybitniejszych artystów.

— Co znowu! — protestuje Tuśka — w Warszawie wszyscy ludzie z kulturą artystyczną wiedzą, kim pan jesteś... Ale ten delikatny człowiek nie zajmuje się sztuką. Jego kultura artystyczna jest jeszcze bardzo niska.

— Widocznie! — mówi aktor, którego struna miłości własnej jest struną najsilniej rozbrzmiewającą i podaną do grania umiejętną ręką.

Tuśka powstaje z łóżka i nerwowo zbliża się do okna.

— Przecież choćby dlatego, że grałem w Weselu... — ciągnie dalej swoje Porzycki — powinien wiedzieć, kim jestem!