— Ja tego wszystkiego nie przeniosę!
— Ależ...
— Nie ma ależ... Pan tego nie czuje, pan nie rozumie, co się we mnie dzieje? Pan nie wie, co ja znoszę za męki!...
— Pani taka z nim nieszczęśliwa?
Mówili z sobą mało o jej domowym pożyciu. Z samego początku kilkakrotne jej odezwanie się dawało do poznania, że stosunek jej do męża jest bardzo correct i że nic tam, jak się mówi, „nie kloszuje” oprócz chłodu i przesadnej grzeczności.
Tymczasem dziś ta poprawność zmienia się w jakąś ukrytą widocznie tragedię, bo przecież takie łzy musi wyciskać prawdziwa i szczera chyba, a długo tajona boleść.
Porzycki zasmuca się nie na żarty. Żal mu jakoś Tuśki, a przecież nie wie sam, dlaczego nie żal mu tak, jak należy.
— Co to jest? co to jest? — myśli, jakiś niepewny i wahający.
Ona odczuwa, że jest jakiś rozdźwięk, i forsuje nutę.
— My tak zawsze... — mówi wśród łez — na dwóch biegunach... To straszne...