On nie znajduje nic, co by mogło ją rzeczywiście z tego zdenerwowania wyprowadzić.
— Proszę, uspokój się.
Im więcej ją prosi, tym ona łka gwałtowniej. Czeka ciągle na jakieś inne, silniejsze, bardzo stanowcze słowo.
— Niech kiciątko nie płacze!...
To osusza jej łzy. Spogląda na niego z ironią. Więc nic innego nie umie? Oczy ich spotkały się i w ślad za oczami idą usta. Przypadli do siebie i całowali przez chwilę całą siłą swych dusz. Ktoś wszedł do sieni, porwali się, rozbiegli jak kuropatwy spłoszone. On przed dom, ona do lustra, aby poprawić włosy i zapudrować oczy.
Drogą od miasta nadciągał powoli Żebrowski z Pitą.
Szedł przygarbiony, przytłoczony, mając pełne oczy słonecznych wizji Tatr, które zobaczył w całej pełni majestatu z ulicy Nowotarskiej.
Jego biedna, miejska, nędzna wyobraźnia nie mogła znieść tego ogromu, tego przepychu, tych roztęczonych, granitowych olbrzymów, które jego, biurowego Pigmeja, z taką wzgardą odpychać się od siebie zdawały.
Szedł milczący obok Pity i tylko kiedy niekiedy kręcił głową.
Gdy doszedł do Porzyckiego, stojącego koło żerdzi, opasujących chałupę, zatrzymał się.