Kupił sobie serdak i ciupagę, najtańszy serdak, jaki mógł dostać, i najtańszą ciupagę. Serdak jest na niego za duży i cuchnie z daleka, ale on się z nim nie rozstaje, pomimo że w południe jest nawet gorąco. Wygląda w tym serdaku śmiesznie i brzydko. Tuśka z okna swej izby, z której nie wychodzi, śledzi go i porównywa ze sposobem junackim i szykownym, z jakim Porzycki nosi swój śliczny i dobrze do figury dopasowany serdak.

A może teraz porównywać często ich obu, bo Porzycki prawie ciągle krąży dokoła domu i spotyka się z Żebrowskim. Rozmawiają o rzeczach potocznych, ale rozmawiają dużo i ciągle. Tuśkę to gniewa i dręczy. Stokroć razy wolałaby już, żeby obaj uczuli do siebie jakiś wstręt. To ściąganie się wzajemne w jeden punkt sprawia jej po prostu ból i nie wiadomo dlaczego upokarza ją.

Mąż widocznie nie ma żadnego „przeczucia”, a Porzycki powinien przecież z zasady nienawidzić tego męża i unikać go. To już „heroizm” za daleko posunięty.

— Czym ja jestem w tym wszystkim? — myśli, siedząc koło pieca w rozwianych fałdach białego szlafroka.

— Ten Porzycki to, mimo że aktor, wcale przyzwoity człowiek — wyrokuje pewnego dnia Żebrowski, naprawiając ciupagę, z której skuwki jak gruszki z gałęzi dawno pozlatywały.

Tuśka podnosi zuchwale głowę.

— Pomimo że aktor — podnosi jakimś wyzywającym do sprzeczki głosem — pomimo, a może właśnie dlatego, że ma artystyczną naturę, więc ma i piękną duszę!

Żebrowski kręci głową.

— Artyści nie są w gruncie uczciwymi ludźmi — mówi z przekonaniem.

Oczy Tuśki zabłysły, jak dwie świece.