— Daruj, mój drogi, ale nie będę twego zdania. Artyści właśnie są prawymi naturami, bo szczerzy. Kołtuny i filistrzy to są obłudnicy i faryzeusze, nic więcej.
Żebrowski ze zdziwieniem na żonę patrzy. Nie słyszał u niej nigdy takiego tonu mowy, nie wiedział, że istnieje takie słowo jak „kołtun”.
— Jak ty powiedziałaś? kołtuny?
— Kołtuny, mieszczaństwo, burżuje, pasibrzuchy — cały wstrętny tłum tych „porządnych” ludzi, którym tylko chodzi o karierę, o pensję, o emeryturę, o...
Aż się zachłysnęła. Żebrowski nie poznawał jej zupełnie. Zdawała się zionąć ku niemu jakąś złością, jakąś nienawiścią. Po raz pierwszy to uczuł, choć nie mógł sobie jeszcze dokładnie z tego zdać sprawy.
— Jakże chcesz — wyrzekł wreszcie — aby życie ludzi, mających dzieci, tworzących rodzinę, inaczej się ułożyło? Musimy myśleć o karierze, o awansie, o emeryturze, bo cóż byście wy, żony i nasze dzieci, jadły?
Rumieniec gniewu wystąpił na twarz Tuśki.
— Wielka afera! — wybuchnęła — my, żony, pracowałybyśmy, a dzieci...
Machnęła ręką.
— Dzieci mogłyby się nie rodzić.