Żebrowski coraz szerzej oczy otwierał.
— Jakże to pojmujesz?
— Tak, że u kołtunów dzieci są tylko dziećmi obowiązku, a czasem, rzadko, dziećmi krwi.. Co zaś do dzieci serca, tych nie ma nigdy.
— Dzieci serca? Nie rozumiem!
Tuśka miała wspaniały ruch pogardy i odpowiedniego wzruszenia ramionami.
— Spodziewam się, że ty tego nie rozumiesz. Ale to może zrozumiesz, że z dzieci obowiązku wyrastają marmurki i kołtuny, a z dzieci serca śliczne, artystyczne dusze.
Żebrowski czuł się przygnieciony tym nawałem rozmaitego gatunku dzieci. Siedział nastroszony w swym serdaku, dłubiąc scyzorykiem koło ciupagi. Zachodzące słońce słało śliczne, krwawe refleksy przez delikatny deseń firanki i padało czerwonymi plamami na jego głowę, okrytą nędznymi i bezbarwnymi włosami, na jego twarz, pod którą rysowała się trupia głowa z dokładnością zupełną.
Tuśka umilkła, wyczerpana. Te słowa „dzieci krwi, dzieci obowiązku, dzieci serca” — przypomniały jej czerwony ranek nad Morskim Okiem i głos Porzyckiego, mówiący do niej słodkie wyrazy.
Srebro i purpura zamigotały w jej wspomnieniach, limby cicho drzemiące... woda płynąca ku niej i konająca u jej stóp.
— Jak to daleko!... jak to wszystko daleko!... — myślała zrozpaczona — jak to wszystko zapadło w jakąś dal...