Żebrowski mówi znów coś, mówi monotonnie, strugając jakieś kołeczki. Zdaje się, że powrócił do swego ulubionego tematu, do gór, do rycerza na Giewoncie. Snuje się tak u podnóża Tatr wzrokiem, podnosi głowę, aby przyjrzeć się szczytom, i szeroko rozwiera swe przemęczone biurową pracą oczy, gdy widmo gór rozwinie się przed nim w całej swej potędze. Drepce ciągle po Zakopanem, szukając najlepszych punktów, gdzie „najlepiej widać”. Kupił sobie pocztówki z fotografiami i porównywa je z rzeczywistością. Chwilami żałuje, że istnieje noc, która wchłania w siebie zjawisko gór i nie pozwala mu patrzeć na nie. Staje w ekstazie, gdy zobaczy turystów, idących z ładunkami na wycieczkę.

Ma wtedy jakąś poważną i zamyśloną minę, jakby coś ważył, coś rozliczał w głębi swej istoty. Nie mówi jednak już z junakierią, jak pierwszego dnia po przybyciu do Zakopanego: „Zmierzymy się z Giewontem!”. Przycichł, bo czuje się bardzo mały i bardzo nędzny.

Niemniej przecież coś waży, nad czymś się zastanawia.

Tuśkę nie obchodzi to wcale, jakie wrażenie zrobiły góry na mężu. Ona wie tylko, że jej słodkie i pełne czarów istnienie zmieniło się w męczarnię. Nie pyta go, jak długo ma pozostać, gdyż lęka się, że posłyszy: Razem wrócimy. Z nienawiścią tylko patrzy na jego wydatki, na ten serdak, w którym według jej tajonej oceny wyglądał jak „pies w chomącie”, na te furki, którymi jeździ z Pitą do Strążysk, do Kuźnic i do innych, bliskich miejscowości.

— Za te pieniądze, które on rozrzuca — myśli — mogłabym jeszcze siedzieć kilka miesięcy w Zakopanem.

Zapomina słodka dusza, że te pieniądze zarabia nie ona, lecz ten biedny „pies w chomącie”, i to zarabia kosztem swego zdrowia, życia i kostniejącej w tej pracy duszy.

Instynktem jednak wiedziona, nie robi mu za te wydatki wymówek, korzysta jednak z każdej okazji, aby go kłuć drobnymi przymówkami do jego „kołtunerii” i braku artystycznego polotu.

Jedną z tych okazji było zaproponowanie przez Żebrowskiego złożenia wizyty Warchlakowskim.

Spadło to na Tuśkę niespodziewanie. Zapomniała zupełnie, że pisała do męża, iż weszła w bliższą zażyłość z bardzo „miłą i przyzwoitą rodziną radcostwa Warchlakowskich z Krakowa”.

Później nie doniosła mu o nieporozumieniu, jakie wynikło z tej sezonowej zażyłości. Obecnie nazwisko Warchlakowskich było oliwą do ognia.