Porzycki pojechał na rowerze zaraz po obiedzie. Tuśka leżała na łóżku zdenerwowana i udręczona. Widząc wchodzącą aktorkę zerwała się radośnie. Było to coś przypominającego dawne, dobre czasy. Aktorzy bowiem, dowiedziawszy się, że „mąż przyjechał”, usuwali się dyskretnie i nie zaglądali do Obidowskiej chałupy.

— Chora pani? — pytała Sznapsia, uradowana z serdecznego przyjęcia.

— Tak...

— Rzeczywiście, blada pani i mizerna.

Tuśkę zaczęły łzy dławić. Pierwszy raz od tych dni fatalnych zwrócił się do niej ktoś ze szczerym, kobiecym zainteresowaniem. Łzy napłynęły jej do oczu, broda drżeć zaczęła. Usiadła znów na łóżku i nie mogła przemówić ani słowa.

Sznapsia usiadła obok niej i objęła ją wpół siostrzanym miłym ruchem.

— Co pani?... Widocznie ma pani jakieś zmartwienie.

— Nie... nie...

— Ale tak. Mnie pani nie oszuka. Kto, tak jak ja, tyle w życiu płakał, od razu wyczuje zmartwienie i innych.

Nastaje chwila milczenia.