Obie kobiety, siedzące przy sobie, tworzą prześliczny obrazek na złotych belkach ściany. Obie ubrane czarno, z masą włosów rozwianych dokoła twarzy, z przeźroczystymi karczkami sukien, przez które przeziera różowe u Tuśki, blade u Sznapsi — ciało.
Słońce złotymi liśćmi ściele się im pod stopy, obute w jednakowe, szare buciki. Zdają się być siostrami, tylko pobladła twarz Tuśki ma w sobie wyraz zbuntowanej rozpaczy, a pobladła twarz Sznapsi nosi na sobie jakby piętno wielkiej, zrezygnowanej melancholii.
— Czy nic dla pani nie mogę? — pyta cicho, cichutko Sznapsia.
Spazmatyczny płacz Tuśki jest całą odpowiedzią.
Sznapsia powoli tuli Tuśkę do siebie i mówi potrząsając głową:
— I po co on to zrobił? Czy nie mógł pani zostawić w spokoju?
Tuśka nawet nie przeczy, tylko wśród łez odrzuca:
— Nie, nie, ja jestem mimo to mu bardzo wdzięczna.
— Ach!... jest za co! Ja wiedziałam, że z tego nie wyniknie nic dobrego. Pani to weźmie na serio i naturalnie, będzie cierpiała.
Tuśce się zdaje, że ktoś przeszywa serce rozpalonym żelazem.