Uczuł się dotkniętym.
— Dlaczego mi to pani mówi?
— Dlatego, że chcę wyjaśnić sytuację! Nie będę nikomu ciężarem i ostatecznie mogę się bez sceny obejść...
Kłamała postanawiając, bądź co bądź, wstąpić na scenę, aby znaleźć się bliżej niego i rzeczywiście zarabiać na życie.
— Później, gdy się to już stanie, powiem mu prawdę — myślała. — A zresztą, jeżeli mi się na scenie nie powiedzie, pójdę do sklepu, gdziekolwiek, byle tylko odzyskać wolność.
— Jeżeli mówię o posagu — podjęła znowu — to dlatego, ażeby dać dowód, iż nie mam znów tak dalece wszystkiego do zawdzięczenia (zawahała się)... temu panu.
Instynkt ostrzegał ją również, aby zrzuciła podejrzenie niewdzięczności, jakie na nią paść mogło.
— Dałam mu najpiękniejsze lata mego życia — zaczęła znowu — zmartwiałam przy nim, zapomniałam, że i ja mam prawo do czegoś na świecie. Egoizm jego rozpostarł się jak nietoperz!... Wszystko ściągnął ku sobie!... Ja byłam niczym!... Moralnie i materialnie wieczna udręka. A potem to najgorsze... to prawo, jakie mu nadaje tytuł męża. Ja chyba zasługuję na coś innego.
Wyprostowała się dumnie, bardzo ładna rzeczywiście w podnieceniu swoim. Z fałdów białego szlafroka wysuwał się jej śliczny, różowy kark, ozłocony linią włosów.
Bogactwo jej pełnego ciała przebijało się przez lekką, białą tkaninę, przeświecając gdzieniegdzie bladoróżowymi tonami. Porzyckiemu mimo woli przyszła na myśl kościana figurka męża.