Porzycki czuł, iż nie powinien ani namawiać jej, ani odradzać. Kobieta była egzaltowana do najwyższego stopnia i ta egzaltacja zaczynała mu się udzielać także. Czuł swoją winę. Czuł, iż nadto lekkomyślnie zbliżył się ku niej i szarpał póty lodowy powłokę, pod którą się kryła jej indywidualność, aż stopiła się w żarze jego słów i pocałunków. Następnie, ta miłość, tak gorąca z jej strony, otwierała całe horyzonty wielkich rozkoszy, a jego zmysłowo-uczuciowe usposobienie pragnęło posiąść niepodzielnie tę „damę z mondu”, idącą ku niemu na przepadłe i bez pamięci.

Pochylił się nad nią i objął ją ramieniem.

Nie obroniła się, podniosła ku niemu swe śliczne załzawione oczy i patrzała mu prosto w twarz.

— Nie mogłabym już żyć bez ciebie! — wyrzekła cicho.

— Ja także nie umiałbym żyć bez ciebie! — powtórzył jak echo.

Oboje przenikali się wzajemnie ciepłem swych ciał, wonią swych włosów, magnetycznym prądem, płynącym z ich oczu.

— Weź mnie z sobą, pójdę wszędzie, gdzie zechcesz...

— Dobrze, dziecko, dobrze...

— I będziemy zawsze razem?

— Zawsze.