Obie postępowały solidarnie, obie miały srodze dotknięty wyraz twarzy.

Żebrowski strapiony nalegał:

— Ale proszę, jedzcie!...

Nie odpowiedziały mu nic. Siedziały milczące i patrzały w płomień świecy.

Ciężkie milczenie zapadło, jedno z tych milczeń, w których dusze ludzkie grzęzną w trzęsawisku własnych smutnych lub grzesznych myśli.

Nagle od strony świeżo budowanej chałupy doleciał krzyk:

— A! idzi ty stąd, strzygoniu, bezdero, bo cię prasnę, to usprzekopyrtnies się ino raz i bandzie z tobą koniec!...

Był to głos Obidowskiej, straszny, groźny.

Tuśka podniosła się i podeszła do okna.

W świetle księżyca ujrzała, jak Obidowska stała na belkach leżących stosem obok dźwigającej się z ziemi chałupy i z ręką wyciągniętą jak drogowskaz tragiczny gnała precz sylwetkę kobiecą, szczupłą i wiotką, owianą góralską spódnicą i mającą na głowie rozwiązaną chustkę.