— Zebyk ty się tu nie zwłócyła... — grzmiał głos Obidowskiej — dosyć tego latania za moim chłopem. Co ta beło, to beło z wami, ale tero Józek mój, a nie twój, oćwiaro... pójdzi prek, bo prasnę, bo prasnę!...

Bokiem, cicho, po srebrnej steczce biegła Hanka, nagle wyganiana przez żonę, zdziwiona tym, że w gaździnie zbudziło się poczucie praw i że te prawa tak dobitnie były zaakcentowane.

Obidowska spod brwi ściągniętych, silna prawem, stała na kupie belek, ciemna jak miedziany posąg, tak ciemna, iż błękitny blask księżyca zdawał się być przez nią wchłaniany, jak czysty strumień, bijący w czarną powierzchnię Zmarzłego Stawku, tam w Tatrach daleko, gdzie białe skały dźwigają się jakby z toni wód ciemnych i tajemniczych.

Widocznie morderstwo, popełnione na owym starym gaździe przez młodego gacha jego żony, kazało być jej przezorną i nie dozwalać Hance zbytnio się spoufalać i zachodzić do Józka.

Tuśka owinęła się szalem i wyszła przed chatę. Patrzy na Obidowską i zdaje się jej, że ta postać, jak ożywiona geniuszem Saszy Schneidera, olbrzymieje, rośnie w mlecznej przestrzeni.

Jej żylaste ramię, wyciągnięte w górę, jej głowa o rozwianych, żałobnych włosach, wszystko to ma pozór archanioła zemsty, broniącego wrót swego duchowego i ziemskiego dobytku.

Tuśka posuwa się ku gaździnie.

— Dlaczego to gnacie stąd Hankę? — pyta.

Ramię groźne opada. Z ust góralki wybiega pomruk:

— Do Józka podłazi. Nie fce tego...