Rzuciła jej prosto w twarz, jak gdyby rzucała swemu mężowi: „Nie chcę cię!”.

Obidowska ciężko z belek zsunęła się na ziemię.

— Niek tak nie gadajom! niek tak nie gadajom!... — rzekła gorączkowo, podsuwając się prawie pod twarz Tuśki.

— Bo co? bo co? — spytała Tuśka nie ustępując ani kroku.

Zmierzyły się oczami — uwięziona i wiążąca. Aż dyszały w tej chwili rozpętaną namiętnością swych dusz. Szło od nich rozpaczą i kobiecą siłą, która w gruzy wali, gdy chce zdobyć dla siebie niepodzielnie swój miłosny świat.

Srebro księżyca owiewało je rozkoszną mgłą.

W tej mgle pławiły się ich oczy, z których szły prosto skry.

Pierwsza opamiętała się gaździna. Ulegle, pokornie, obleśnie, uśmiechnęła się przemocą do gościa. Pod serdakiem zacisnęła pazury i wpiła je sobie w wyschłą pierś.

— Oni żartujom! — wyrzekła — Józek se w sadybie lubuje.

— Ale nie w was. A jak go będziecie na uwięzi trzymać i Hankę gnać, to jeszcze was zabije.