Obidowska postała chwilkę w milczeniu, wreszcie chwyciła się za głowę, za ten czarny łeb, uparty i tragiczny, i bez słowa, kołysząc się jak pijana, odeszła.
Nie weszła jednak do szopy, tylko poszła w pole, gdzie kołysały się fale białych od księżyca zbóż.
Szła wolno, czarna, rosła, pomiędzy łanami, rzucając ostry cień na zalaną jasnością steczkę.
Wreszcie postać jej zaczęła szarzeć, jaśnieć, zacierał się cień, zacierała się ostrość kantów i góralka znikła we mgle, unosząc z sobą tragedię swego starego, biednego serca.
Przed chałupę na próg wyszli Żebrowscy i Pita. Wyszli oboje jakby wyciągnięci magnetycznie czarem nocy księżycowej. Tuśka po rozmowie z Porzyckim nabrała większej otuchy i wmawiała w siebie spokój i pewność siebie, które jednak daleko były od niej. Mając nadzieję, że będzie miała przed sobą cały szereg takich księżycowych nocy przy boku Porzyckiego, z brawurą zgodziła się na propozycje Żebrowskiego:
— Chodźmy przed dom!
Siedli rzędem na progu werandy: Pita, Żebrowski i Tuśka — siedzą, patrzą i milczą. Jasność księżycowa wydobywa na jaw piękność matki i córki, ich elegancję, szyk w uczesaniu i stroju, lecz zarazem, jakby dla kontrastu, jaskrawo, brutalnie podkreśla wszystkie zniszczenia i zmarszczki na zawiędłej przedwcześnie twarzy Żebrowskiego.
Coś tam w tej twarzy majaczy mgłą dziwną, oczy zmęczone, nawykłe do ślęczenia nad szeregami liter, wolno pełzają po srebrzystej przestrzeni i jakby lękliwie ku górom sięgają.
— To ładne! — mówi wreszcie Żebrowski — prawda?
Lecz ani Tuśka, ani Pita nie odpowiadają mu wcale.