Pita siedzi z twarzą małego sfinksa, w oczekiwaniu na przeznaczenie swoje.
Tuśka myśli, że to, co wydawało się jej najstraszniejsze, to jest rozstanie z mężem, już nadchodzi, nieuniknione, i zaczyna doznawać dziwnego lęku i trwogi. Coś w niej ściska się spazmatycznie na tę myśl...
Coś, jakby serce...
Czyżby?
Z nadzwyczajną jasnością staje przed oczyma ich mieszkanie przy ulicy Wareckiej, meble w białych pokrowcach, fortepian z trudem nabyty, fikusy roztaczające cieplarnianą, wilgotną atmosferę. I w kręgu lampy domowej oni wszyscy: dwaj chłopcy pochyleni nad zeszytami; Pita układająca swe zabawki; on czytający „Kuriera” i ona... ona...
Spoza węgła chaty wysuwa się Porzycki.
— Dobry wieczór państwu!
Chce ich minąć i iść dalej, lecz Żebrowski zatrzymuje go uprzejmie.
— Gdzież tak? gdzież? Prosimy do towarzystwa.
Porzycki waha się chwilę, wreszcie siada koło Tuśki.