— Chodź, Pito! — mówi do córki.

Pozostawia obu mężczyzn razem. Nie rozumie, co się z nią dzieje. Gdy ich widzi jednego obok drugiego, zaczyna czuć do nich obu żal, jakąś pretensję.

Idzie z Pitą drogą starając się od nich odsunąć jak najwięcej.

Oni natychmiast zawiązują z sobą rozmowę.

Z początku Porzycki odpowiada monosylabami, ale grzeczność i uprzejmość Żebrowskiego nie zraża się tym wcale. Przeciwnie, mąż Tuśki jest dziś bardzo rozmowny i ciągle wypytuje Porzyckiego o jego wycieczki w góry i o to, „jak tam w tych górach jest”.

Porzycki, który z początku czuł się jakby związany łańcuchem wobec tego człowieka i ciągle jeszcze miał na pamięci to, co się niedługo stanie, powoli daje się unieść wspomnieniom, które w nim żyją z wielką siłą, wspomnieniom owych junackich, górskich, karkołomnych wypraw.

Zaczyna je opowiadać barwnie, zajmująco, Żebrowski aż przystaje i ręce rozkłada.

— No... no... to dopiero... to dopiero...

Porzycki patrzy już prosto w twarz Żebrowskiego i myśli, że ten mały, chudy człowieczek w najeżonym serdaku jest z twarzy bardzo podobny do starego Chińczyka.

Ale zarazem myśli, że ten „Chińczyk” jest przecież bardzo sympatyczny i że on nie jest w stanie oprzeć się temu uczuciu sympatii...