Mimo woli wzrokiem ściga sylwetkę Tuśki, owiniętej fałdami białego szala. Idzie równo, ślicznie, raczej płynie, a obok niej w tym samym tempie idzie równo, ślicznie, a raczej płynie Pita, która idąc z matką, przybrała jej chód i postawę.
I Porzyckiemu jest miło, gdy myśli, że ta piękna kobieta kocha go. Przypominają mu się tryumfy sezonowe Tuśki i rad jest, że ta „piękność” będzie do niego należała.
To wszystko wytwarza w jego umyśle chaos dziwny i męczący. Zaczyna mu się zdawać, że idzie w jakimś śnie, że to, co jest, dzieje się nie naprawdę i że nie stanie się nigdy.
Pod jego przyciszonym głosem skrzeczy Żebrowski:
— Coś panu powiem... Ale mnie pan nie zdradzi.
— !!!
— Bo... to...
— No... no... śmiało...
— Mam do pana ogromną prośbę.
— Proszę, mów pan. Jestem na pana usługi.