— Chciałbym...
Żebrowski się waha, urywa, ogląda na swoją ciupagę, pakuje ją w usta, obrywa kłaki swego serdaka.
— Chciałbym i ja pójść choć trochę w góry!
Wykrztusił i czeka, co Porzycki na to powie.
Ten zaczyna się śmiać serdecznie.
— To idź pan... góry dla wszystkich otworem.
— Kiedy... ja... z przewodnikiem się boję.
— Co znowu!
— Ależ tak. Oni przyzwyczajeni do takich, którzy chodzą prędko i śmiało. Ja zaś, Boże mój!... Pan wie, co taki warszawiak, co z biura do domu i z domu do biura najwyżej... Przewodnik się do mnie nie zastosuje, powlecze mnie Bóg wie gdzie, a ja zlecę, więc...
— No, i cóż... więc...