— Więc myślałem, że... gdyby pan chciał...
— Iść z panem?
— Tak!
Biedne, zmęczone oczy patrzą błagalnie w twarz Porzyckiego. Smutne, zmęczone, a przecież tyle w nich nadziei radosnej, że ta wycieczka może przyjść do skutku.
Patrzą i czekają...
Biedne, urzędnicze oczy.
Porzycki utonął w nich swymi zdrowymi, żywymi źrenicami. Zrozumiał ich melancholię i nędzę i do prośby się przychyla.
— Ależ chętnie!
— Co? chciałby pan?... A, mój Boże!... jaki pan poczciwy.
— Zaprowadzę pana...