— Tak.
— Wezmę płaską buteleczkę koniaku i szynki. Już sobie wszystko na wypadek przygotowałem i schowałem w sieni. Bo przed moją żoną — sza!... Zacznie mi odradzać, wyśmiewać. Zamknę drzwi do swego pokoju pod pretekstem, iż nie chcę jej rano budzić, a skoro świt, przez werandę wymknę się do pana. Dobrze?
— Doskonale.
— Zostawię jej kartkę i oddam przez gaździnę, że plan wycieczki powstał rano i że nie chciałem jej budzić... Dobrze obmyśliłem?
— Wybornie. Z pana Makiawel!
Śmiać się zaczęli obaj. Tuśka się obejrzała. Umilkli, jakby złapani na gorącym uczynku.
— Więc jutro?
— Jutro.
Szeptali jak związani tajemnicą.
Doszli do chałupy.